Autorska koncepcja lekarzy z Gliwic zadziwiła kanadyjskich naukowców

Autorska koncepcja lekarzy z Gliwic zadziwiła kanadyjskich naukowców

Fot. Tomasz Narodowski

Ta historia wydarzyła się w Kanadzie, kraju, który uchodzi za wzór pod względem organizacji opieki medycznej. Jednak gdyby nie lekarze z Centrum Onkologii w Gliwicach, pacjent, który jest jej bohaterem, prawdopodobnie dawno by już nie żył. „Gliwicki szpital uratował mi życie” – mówi pan Sławomir.

Jest 2003 rok. Pan Sławomir, od 14 lat mieszkający w Kanadzie, z zatkanym prawym nozdrzem zgłasza się do laryngologa. Skarży się na problemy z oddychaniem, jednak ani ten lekarz, ani kilku następnych laryngologów i alergologów, do których trafia, nie są w stanie mu pomóc. Według nich to po prostu alergia, trzeba przyjmować leki antyhistaminowe. Leczył się tak przez rok. Bez skutku.

To nie alergia, to rak

Pomógł mu dopiero dr Jack Kolenda – kanadyjski laryngolog o polskich korzeniach, który jako jedyny zajrzał do wnętrza jego jamy nosowej. „W prawym nozdrzu coś rośnie” – stwierdził i skierował pana Sławomira na biopsję. Badanie odbyło się trzy tygodnie później. Na wynik trzeba było czekać kolejne trzy tygodnie. Kiedy pan Sławomir dowiedział się, że musi go odebrać osobiście, domyślił się, że coś jest nie tak. „Bardzo się bałem, ale nie o własne życie, lecz o moją rodzinę – żonę i czteroletnią wówczas córeczkę. Jesteśmy w Kanadzie sami, nie mamy żadnej rodziny” – mówi.

Diagnoza brzmiała jak wyrok: nowotwór złośliwy nosowej części gardła, który trzeba jak najszybciej usunąć, bo ciągle rośnie. „Musi pan jechać do szpitala onkologicznego w Toronto” – poinformował pana Sławomira dr Kolenda.

Do wskazanego szpitala zgłosił się 25 grudnia 2004 roku. Jak twierdzi, był to najgorszy dzień w jego życiu. „Siedzieliśmy z żoną przez 10-15 minut w pustym pokoju, czekając na zespół lekarzy. Nagle otworzyły się drzwi. Zobaczyłem w nich kilka osób. Jak się okazało, byli to lekarze – chirurg, neurolog, logopeda, onkolog oraz pielęgniarki. Na ich widok żona się zupełnie rozkleiła” – wspomina pan Sławomir.

Od lekarzy dowiedział się, że jego choroba jest w trzecim stadium zaawansowania i doszło już do przerzutów do węzłów chłonnych. Ze względu na umiejscowienie nowotworu, operacja nie była możliwa. W grę wchodziła jedynie radio- i chemioterapia. „Lekarze zdecydowali, że najpierw będę przez 30 dni naświetlany, a potem zostanę poddany trzymiesięcznej chemioterapii. Zapewniali mnie, że wszystko będzie dobrze” – mówi pan Sławomir, który swoje ówczesne leczenie nazywa „taktyką spalonej ziemi”.

Kilka miesięcy po zakończonej terapii otrzymał zaświadczenie, że jest już zdrowy. Wszystkie komórki nowotworowe zostały zniszczone. Musiał jeszcze tylko wrócić do wcześniejszej wagi, bo w trakcie leczenia stracił 15 kg. Był bardzo słaby i wyniszczony, a dla niego – tancerza amatora – bardzo ważne było, żeby jak najszybciej nabrał sił i mógł kontynuować swoją pasję. Powrót do poprzedniej wagi zabrał mu trzy miesiące. Jadł wszystko, na co miał ochotę. A potem wyjechał na upragnione wakacje na Kubę. W końcu był już zdrowy i chciał się cieszyć życiem.

W gardle imadło, a przed oczami ciemność

Jednak choroba nie dała o sobie zapomnieć. Dwa lata później, kiedy pojechał służbowo do Stanów Zjednoczonych, w czasie prezentacji nagle poczuł, jakby ktoś złapał go z całej siły za gardło i ścisnął. Nie mógł oddychać. Na szczęście ból bardzo szybko odpuścił i pan Sławomir mógł kontynuować swoją prezentację. Jednak z czasem takie sytuacje zaczęły się powtarzać. Dlatego pobiegł do lekarza rodzinnego, a ten dał mu skierowanie do szpitala neurologicznego. Po 30-minutowym badaniu neurolog wydał diagnozę: porażenie popromienne. I przepisał dwa leki, zastrzegając, że będzie je musiał brać do końca życia.

„Przez jakiś czas mi pomagały” – wspomina pan Sławomir. Jednak osiem lat temu, kiedy żona i córka pojechały na wakacje do rodziny w Polsce, a on musiał zostać sam w Kanadzie, zdarzyło się coś, co znów zmieniło jego życie. Pamięta, że wszedł do kawiarni, żeby napić się kawy i zjeść śniadanie. Posmarował chleb serem, zaczął jeść, ale nie mógł ani przełknąć ugryzionego kęsa, ani usunąć go z gardła. Spojrzał przez okno widział jadące ulica samochody i nagle zapadła ciemność. Stracił przytomność. Dopiero po tygodniu wybudził się ze śpiączki farmakologicznej w szpitalu.

Leżał tam miesiąc, ale ponieważ problemy z przełykaniem z każdym dniem się nasilały, skierowano go na rehabilitację. W ośrodku rehabilitacyjnym przywrócono mu, jak twierdzi, sprawność jedzenia. Ale nadal miał zażywać leki neurologiczne, bo uczucie zaciskania szyi nie minęło. Na szczęście mógł już wrócić do pracy.

Kiedy pytał neurologów, którzy wypisywali mu recepty na leki, czy jego problemy kiedyś się skończą, słyszał wciąż to samo: z tym nie da się już nic zrobić. Jedynie logopeda i lekarka onkolog walczyli o jego powrót do zdrowia. To dzięki ich uporowi przeszedł terapię tlenem w komorze hiperbarycznej. Zakładali, że może ona zregeneruje jego zniszczone naświetlaniami nerwy twarzowe. Tak się jednak nie stało.

„Miałem już wtedy bezwładny język i potworne problemy z przełykaniem. Coraz częściej traciłem czucie w kilku miejscach na skórze, a zaraz potem pojawiał się „efekt imadła” na gardle” – mówi pan Sławomir.

Lekarze podjęli decyzję o zwiększeniu dawki leków. Miał je brać trzy razy na dobę. Niestety miał po nich zawroty głowy, dlatego rano brał minimalną dawkę, a resztę po powrocie z pracy. W końcu szpital, w którym mu je zalecono, zdecydował się na zmianę leków. „Nowe leki postawiły mnie na nogi. Bez nich nigdzie się nie ruszałem” – podkreśla.

Gliwice, czyli ostatnia deska ratunku

Jednak problemy z przełykaniem i mówieniem znów zaczęły się nasilać. W jednym z kanadyjskich ośrodków medycznych zaproponowano panu Sławomirowi aparat, który miał zastąpić jego głos, ale się na niego nie zdecydował. I nagle stało się coś, czego się nie spodziewał. Siedem lat temu, w 2011 roku, mieszkający w Polsce ojciec pana Sławomira usłyszał w mediach o Centrum Onkologii w Gliwicach. Skontaktował się z prof. Krzysztofem Składowskim i ustalił z nim, że zgłosi się do niego jego chory syn.

„Byłem bardzo sceptyczny. Pomyślałem sobie: w jaki sposób mogą mi tu pomóc, skoro w Kanadzie myśleli przez pół roku nad jakąś terapią dla mnie i niczego nie wykombinowali?” – opowiada pan Sławomir. Jednak kiedy spotkał się z prof. Składowskim, zmienił zdanie. „Profesor zapytał mnie, w którym ośrodku byłem leczony. Powiedział, że po raz pierwszy widzi taki przypadek i jeszcze nie wie, jak mi pomóc, ale posiedzi całą noc i na pewno coś wymyśli” – wspomina pacjent. Następnego dnia prof. Składowski zaproponował mu intensywną terapię sterydową.

„Doszedłem do wniosku, że u pana Sławomira doszło do powikłania popromiennego w zakresie rdzenia przedłużonego ośrodkowego układu nerwowego, polegającego na demielinizacji włókien nerwowych odpowiedzialnych za ruchy mięśni gardła i języka. Taki proces prowadzi nieuchronnie do zaniku komórek nerwowych, jest jednak długotrwały, ponieważ demielinizacja jest formą przewlekłego procesu zapalnego komórek neurogleju. Ponieważ sterydy są jednymi z najsilniejszych leków przeciwzapalnych i stosuje się je w ostrych stanach zagrożenia porażeniem nerwowym, pomysł zastosowania ich w tym przypadku wydał się całkiem logiczny, a celem tego leczenia było zahamowanie lub przynajmniej opóźnienie demielinizacji nerwów pana Sławomira” – tłumaczy prof. Krzysztof Składowski, kierownik I Kliniki Radioterapii i Chemioterapii i dyrektor gliwickiego Centrum Onkologii.

Terapia zaplanowana przez gliwicki ośrodek była trudna do zniesienia, ale przyniosła efekt. „Przez dwa tygodnie leżałem non stop pod kroplówką. Miałem 40 stopni gorączki i wrażenie, że się gotuję od wewnątrz” – wspomina pan Sławomir. Po tych dwóch tygodniach musiał już wracać do Kanady. Zgodnie z zaleceniami, miał tam jeszcze przez tydzień kontynuować terapię. Jak się jednak okazało, nie mógł jej dokończyć, ponieważ w Kanadzie uznano ją za eksperymentalną, a w prowincji Ontario, gdzie mieszka z rodziną pan Sławomir, leczenie eksperymentalne jest zabronione.

„Nie dałem za wygraną. Postanowiłem zawalczyć z kanadyjskim ministerstwem zdrowia o refundację i dokończenie leczenia rozpoczętego w Gliwicach” – opowiada pan Sławomir. Mimo ogromnych problemów z mówieniem, na sali rozpraw przez trzy godziny tłumaczył urzędnikom, dlaczego zasługuje na sfinansowanie terapii stosowanej w polskim szpitalu onkologicznym. W sądzie dowiedział się, że jest jednym z dwóch pacjentów w Kanadzie, u którego wskutek radioterapii doszło do tak dramatycznych powikłań. I że metoda leczenia zastosowana przez prof. Krzysztofa Składowskiego w Centrum Onkologii w Gliwicach nie została w Kanadzie zbadana, ponieważ nie było pacjentów, których można by włączyć do badania.

„Przegrałem ten proces. Nie miałem szans wygrać z opiniami lekarzy, którzy nie mieli zielonego pojęcia na temat mojej choroby. Ja miałem tylko zaświadczenia od logopedy i pani doktor onkolog i ich prośbę o dofinansowanie mojego leczenia. Za nimi stała rzesza prawników” – mówi pan Sławomir.

Przypadek pana Sławomira opisany w Kanadzie

Pojawiło się jednak światełko w tunelu. W 2013 roku szpital uniwersytecki w Toronto podjął decyzję o uruchomieniu grantu naukowego. „Powiedzieli mi, że sfinansują moje leczenie, jeśli udowodnię, że przynosi jakąś poprawę. Wróciłem więc na dwa tygodnie do Gliwic, gdzie musiałem sporządzać codzienne szczegółowe raporty, uwzględniające m.in. temperaturę ciała, wyniki pomiarów ciśnienia, przyjmowane leki i ocenę samopoczucia. Kolejne pięć tygodni spędziłem w Toronto, gdzie otrzymywałem tę samą terapię. Musiałem jednak podpisać oświadczenie, że leczę się na własną odpowiedzialność” – wspomina mężczyzna.

Po zakończeniu tej terapii zaczął lepiej jeść i mówić. Wrócił do pracy. A lekarze z Kanady opublikowali pracę naukową, w której dokładnie opisali przypadek pana Sławomira i zastosowanej u niego terapii, powołując się na doświadczenia gliwickiego ośrodka i oryginalną koncepcję prof. Krzysztofa Składowskiego.

Niestety, jakiś czas później, pod wpływem bardzo silnego stresu, problemy pana Sławomira z jedzeniem i mówieniem powróciły. Z ich powodu wielokrotnie chorował na zachłystowe zapalenie płuc. Kiedy tracił już nadzieję, z pomocą znów przyszedł mu gliwicki ośrodek.

„Tuż przed wylotem do Polski stwierdzono u mnie zanik perystaltyki przewodu pokarmowego. Terapia, którą zaproponował mi dr Marek Kentnowski z I Kliniki Radioterapii i Chemioterapii Centrum Onkologii w Gliwicach, ma tę perystaltykę pobudzić” – opowiada pan Sławomir, z którym spotkaliśmy się w gliwickim szpitalu. „Po raz trzeci lekarze z gliwickiego szpitala wyciągają do mnie rękę. I po raz trzeci spotykam się tutaj z niezwykłą empatią wszystkich pracowników” – dodaje.

Aktualna terapia, której poddawany jest pan Sławomir, oparta jest na zarejestrowanych w Unii Europejskiej lekach pobudzających przekazywanie impulsów w uszkodzonych włóknach nerwowych.

 

 

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj również

Co zamiast biopsji prostaty?

Standardową procedurą diagnostyczną w przypadku podejrzenia raka prostaty