Medycyna jest tylko jedna — oparta na dowodach naukowych. „To, co proponują wszelkiej maści uzdrowiciele, to nie jakaś medycyna alternatywna czy niekonwencjonalna, ale szarlataneria, z którą trzeba walczyć” — mówią eksperci.
Dożylne wlewy witaminy C, witamin z grupy B, glutationu, soli ozonowej, czy kwasu alfaliponowego, hydrokolonoterapia, biorezonans, zioła peruwiańskie, pestki moreli, czosnek, siemię lniane, okadzanie dymem jałowcowym, amigdalina i wiele innych, rzekomo działających, tzw. niekonwencjonalnych metod „leczenia” to nic innego jak naciąganie ciężko chorych ludzi na wydatki na coś, co nie tylko nie działa, ale może zniszczyć zdrowie, a nawet zabić, jeśli zastąpi konwencjonalne leczenie. Po te „cudowne metody” sięgają najczęściej chorzy na raka, szukając w nich ostatniej deski ratunku, ale też osoby chore na cukrzycę typu 2, nadciśnienie, otyłość, depresję, alergie, boreliozę, choroby reumatyczne, miażdżycę i wiele innych schorzeń przewlekłych. Rzadko się jednak zdarza, że przyznają się do tego, głównie z powodu wstydu.
Rezygnacja z leczenia to katastrofa
Z danych GUS wynika, że w 2016 roku 3 proc. gospodarstw domowych deklarowało korzystanie z usług tzw. medycyny niekonwencjonalnej, wydając na to średnio około 446 zł rocznie.
Z badania „The scope of complementary and alternative medicine in Poland”, przeprowadzonego kilka lat temu przez dr. Adriana Kacperczyka-Perdyana wraz z zespołem z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego (wyniki badania opublikowano pod koniec 2021 roku), wynika, że z takich niepotwierdzonych naukowo metod „leczenia” korzysta od 40 do nawet 90 proc. pacjentów onkologicznych, jednak wzrost obserwuje się również u pacjentów z innymi chorobami. Niektórzy traktują je jako uzupełnienie konwencjonalnej medycyny, ale są i tacy, którzy pod wpływem szarlatanów rezygnują z leczenia na rzecz bardzo kosztownych kuracji nieprzebadanymi substancjami o nieznanym mechanizmie działania. Nie pozostaje to bez wpływu na ich zdrowie i życie.
– To naturalne, że bronimy się przed niepomyślnymi informacjami i trudnymi emocjami. Jeśli jednak słyszymy o nietoksycznej, łatwej i przyjemnej metodzie, którą można rzekomo wyleczyć raka, to powinna nam się zaświecić lampka. Pamiętajmy, że nowotwory mają charakter progresywny. Opóźnienie lub rezygnacja z leczenia to katastrofa, coś, czego nie da się już odwrócić — tłumaczy prof. Jacek Jassem, kierownik Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Czytaj też: Pseudonauka, dezinformacja, szarlataneria. Jak z tym walczyć?
Szarlataneria, a nie medycyna alternatywna
Zdaniem red. Michała Janczury z Radia TOK FM, autora podcastu „Podziemie” (o medycznym podziemiu, gdzie pacjentów faszeruje się lekami i suplementami diety, zarabiając krocie na ich pragnieniu dojścia do zdrowia), medycyna alternatywna nie istnieje. Jest albo medycyna, albo szarlataneria, z którą trzeba się wreszcie rozprawić.
Do tej pory tylko w pojedynczych przypadkach szarlatani byli pociągani do odpowiedzialności karnej. Czy zmieni to projekt ustawy nazwanej lex szarlatan, która ma „uzbroić” Rzecznika Praw Pacjenta w narzędzia do zwalczania szarlatanerii i tych, którzy igrając z ludzkim życiem i grając na emocjach chorych ludzi, zarabiają niewyobrażalne pieniądze?
Wejście w życie tej ustawy zapowiadane jest już od października 2024 roku. Z informacji przekazanych przez Jakuba Adamskiego z Biura Rzecznika Praw Pacjenta w trakcie rozpoczętej wczoraj (6 sierpnia) w Warszawie XV Letniej Akademii Onkologicznej dla Dziennikarzy wynika, że projekt został przekazany do konsultacji społecznych. Trudno przewidzieć, kiedy trafi pod obrady rządu i z jakim efektem przejdzie ścieżkę legislacyjną, a jeśli nawet zostanie przegłosowany przez Sejm i Senat, to czy nie zawetuje jej nowy prezydent.

