Z Hashimoto w drodze po zdrowie

Z Hashimoto w drodze po zdrowie

- Styl życia, Zdrowie
Fot. Maja Marklowska-Dzierżak

Z Markiem Zarembą, autorem książki “Zatrzymaj Hashimoto. Wzmocnij tarczycę!”, rozmawia Maja Marklowska-Dzierżak.

Na ogół chorobę Hashimoto wiąże się z kobietami. Jest pan pierwszym spotkanym przeze mnie mężczyzną, który na nią zachorował.

– Wśród chorych jest pewien odsetek mężczyzn, choć rzeczywiście jest on niewielki. Ja miałem to szczęście w nieszczęściu, że zachorowałem na Hashimoto blisko 20 lat temu, więc moja przygoda z tą chorobą jest już dosyć długa.

Kiedy pan się dowiedział, że to choroba Hashimoto?

– Została u mnie zdiagnozowana po dwóch-trzech latach od zachorowania, ale wtedy była ona jeszcze bardzo mało znana, szczególnie u mężczyzn. Sama przestrzeń objawowa tez nie była taka transparentna dla lekarzy. Na szczęście trafiłem na lekarza, który wykazał się wnikliwością i podchodził całościowo, holistycznie. Można powiedzieć, że w jakiś sensie “wywęszył” u mnie to Hashimoto.

A jakie miał pan objawy?

– Było ich dużo. Bardzo cierpiałem przez te lata, zanim postawiono mi diagnozę. Przede wszystkim był to duży spadek masy ciała – przy wzroście 182 cm ważyłem zaledwie 60 kg. Sama skóra i kości. Do tego ogromny stres, nerwica lękowa, bardzo duże problemy trawienne i spore wychłodzenie, które tak naprawdę zostało mi do dzisiaj. Byłem wrakiem człowieka w wieku dwudziestu paru lat.

Ktoś w pana rodzinie chorował na Hashimoto?

– Nie, ale nasza 23-letnia córka, Klaudia, ma pewne predyspozycje do tej choroby. Obserwując wyniki badań laboratoryjnych, widzimy, że jeszcze się nie uaktywniła, ale gdybyśmy odpowiednio nie ukierunkowali diety i stylu życia córki, to mogłoby do tego szybko dojść. Zresztą podłoże genetyczne tej choroby zostało naukowo udowodnione.

Napisał pan książkę, w której na podstawie własnych doświadczeń opisuje, co należy jeść, a czego się wystrzegać, kiedy ma się Hashimoto.

– Głównym wyzwalaczem, jeśli chodzi o odżywianie, są jelita. To w jelicie grubym zaczyna się rozpad odporności organizmu. Ale nie jest to związane wyłącznie z odżywianiem, bo ogromny wpływ ma również stres kulturowy. To z jego powodu bardzo często zaczynamy się objadać, nie mamy czasu na posiłek, więc flora bakteryjna staje się coraz słabsza. Przez rok, dwa, trzy lata rozwija się patologia, która sprawia, że z czasem organizm przestaje właściwie trawić, przyswajać i reagować na lektyny pokarmowe z różnych produktów. Mam tu na myśli gluten, kazeinę z nabiału, laktozę, które nazywam wyzwalaczami i piszę o nich w książce. Przede wszystkim trzeba zacząć od oczyszczania jelit za pomocą diety detoksykacyjnej, nawilżania i usuwania patologicznej wilgoci.

W którym momencie doszedł pan do takich wniosków? Ktoś panu podpowiedział, że musi pan zmienić sposób odżywiania? A może to lekarz poradził, co pan powinien, a czego nie powinien jeść?

– Przez długie lata zmagałem się jeszcze z chorobą, absolutnie niczego nie zmieniając. Zażywałem tylko leki, które oczywiście doprowadziły do pewnej stabilizacji immunologicznej , ale nie na tyle, żebym mógł radośnie i komfortowo żyć.

I wtedy zmienił pan dietę?

– Sama dieta to też za mało, aby odzyskać równowagę emocjonalno-duchową. Ona nie wyleczy braku miłości, przebaczenia i wielu innych rzeczy, które są bardzo często źródłem naszych problemów. Potrzebna jest też regularna aktywność fizyczna, której rolę bagatelizujemy dzisiaj w leczeniu wielu chorób. W moim przypadku jest to nordic walking i spacery.

Wracając do diety, na pewno jest ona wierzchołkiem góry lodowej, głównie dieta detoksykacyjna. Już wiele lat temu zauważyłem, że  właściwie przystosowany post ma bardzo pozytywny wpływ na regenerację układu odpornościowego. Połączenie tych wszystkich elementów powoduje, że zaczynamy całościowo wzmacniać organizm, co w konsekwencji prowadzi do stabilizacji immunologicznej.

Ze swoją świadomością nie jest pan chyba łatwym pacjentem?

– No tak, ale na początku tak nie było. Trzeba się wsłuchać w swoją chorobę, posłuchać, co ona do na mówi. Nie wolno tego bagatelizować. My dzisiaj leczymy choroby bardzo powierzchownie, skupiamy się głównie na objawach, a nie na przyczynach. A przyczyna może tkwić bardzo głęboko, czasem w naszych relacjach z najbliższymi. Prowadzi to do rozpadu naszej wewnętrznej harmonii, a później przekłada się na nasze wybory życiowe. Nic nam się nie chce, nie chce nam się żyć. Stąd już tylko rok do depresji, która jest bardzo często spotykana w chorobach autoagresywnych, takich jak Hashimoto.

Pana też dotknęła?

– Tak, trwała u mnie dwa lata. To był zespół depresyjny i lękowy. Na szczęście mam to już za sobą. Ale napisze o niej książkę, w maju przyszłego roku będzie jej premiera.

Mam wrażenie, że jest pan wyciszonym, bardzo stabilnym psychicznie człowiekiem.

– To się pani bardzo myli! (śmiech). Jestem bardzo radosny i kocham ludzi! Ale prowadzę życie kontemplacyjne, poświęcam temu dużo czasu. Jestem katolikiem, nie wstydzę się tego. W tym, co robię, czym się zajmuję, stosuję “medycynę chrześcijańską”, czyli logikę ewangelii. Podobnie zresztą jak amerykański psycholog Mike Baker, który mówił, że odkąd wprowadził do swojej praktyki ewangelię Jezusa, to ma kilkuletnie kolejki do gabinetu. Bo to naprawdę działa. I chodzi wyłącznie o miłość, która jest eliksirem na nasze wewnętrzne problemy.

Wiem już, że choroba zmieniła pana życie duchowe. Czy zmieniła również  życie zawodowe?

Tak. Pan Bóg na moich największych porażkach robi takie rzeczy, że jestem teraz terapeutą. Od wielu lat prowadzimy z żoną Akademię Kulinarną, organizujemy siedmiodniowe turnusy postu połączone z rekolekcjami według świętej Hildegardy, od prawie siedmiu lat prowadzę blog, który miesięcznie odwiedza 30-40 tysięcy osób. Mam pełne ręce pracy.

Dziękuję za rozmowę.

 

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj również

Nadmiar soli w pożywieniu może powodować otępienie

Od lat naukowcy zastanawiają się, w jaki sposób