Prof. Jerzy Bralczyk o zurzędniczeniu ochrony zdrowia

Prof. Jerzy Bralczyk o zurzędniczeniu ochrony zdrowia

O instytucjonalizacji jednej z najbardziej intymnych sfer człowieka i bezdusznym urzędniczym języku używanym w ochronie zdrowia rozmawiamy z językoznawcą prof. Jerzym Bralczykiem.

W polskiej ochronie zdrowia używane jest specyficzne nazewnictwo. Pacjent to świadczeniobiorca, lekarz jest świadczeniodawcą, a Narodowy Fundusz Zdrowia nazywany jest płatnikiem publicznym. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla chorego człowieka?

– No właśnie, taka instytucjonalizacja sfery, która wiąże się bardzo często z naszymi, często intymnymi, sprawami, może wywoływać wrażenie dehumanizacji. Że oto przez takie zurzędniczenie przestajemy uwzględniać to, co najbardziej osobiste, a choroba jest przecież taką najbardziej osobistą rzeczą. Dlatego też wydaje się, że nie tylko nazwa choroby, która też ma wpływ na to, jak postrzegamy siebie, świat i chorobę, nasze zagrożenie, ale też inne rzeczy związane z leczeniem, przypadłościami organizmu, powinny być bardziej związane z tym czynnikiem osobistym, humanistycznym. Lekarz jest w pewnym sensie usługodawcą, ale nie chcemy go takiego widzieć. Tak jak raczej wolimy być pacjentami niż chorymi. Jeśli jestem pacjentem, to jestem pacjentem czyimś, i wtedy ta relacja wydaje się bardziej osobista. Natomiast będąc chorym, od razu identyfikuję się jako ktoś, kto jest niepełnowartościowy. Bo słowo chory funkcjonuje w innych odniesieniach. Mówi się: to wszystko chore, chore układy, i to przenośne znaczenie słowa chory także wpływa na podstawowe znaczenie, negatywne w końcu.

Dlatego wydaje się, że zwłaszcza w sytuacji człowieka wrażliwego, a człowiek chory jest wrażliwy bardziej, powinno się myśleć i o nazwie lekarza, którego nie na darmo doktorem, czyli uczonym nazywamy, i pacjenta, który w stosunku do tego doktora jest w pewnej relacji bezpośredniej, i choroby, której nazwa może wpływać na nas albo traumatyzująco, albo przeciwnie – łagodząco nawet czasami, kiedy nazwiemy ją niedomaganiem. Kiedy leczenie nazwiemy kuracją, to wtedy jest trochę zręczniej. No, i nazwa leku się liczy. Nazwa wywołuje w nas pewien stosunek. Niektórzy lubią nazwy uczone, obce, bo to gwarantuje pewną skuteczność przez naukowość, ale inni wolą coś prostego. Coś, co ma już zakorzenienie w tradycji. Dobrze jest używać określeń, które mają pozytywną konotację.

A z czym mogą się kojarzyć pacjentom na przykład leki biopodobne?

– Nazwa biopodobne czy bijopodobne, bo właściwie tak powinniśmy to wymawiać, nie kojarzy się najlepiej. Bo jeśli coś jest podobne do czegoś, to znaczy, że nie jest tym samym. Najczęściej chcemy być podobni do tego, z czym chcielibyśmy być identyfikowani, a jednak tym nie jesteśmy. Do czego to podobne?

Jak pan reaguje, kiedy nazywają pana świadczeniobiorcą?

– Jako Bralczyk bardziej jestem biorcą niż dawcą. (śmiech)

A tak na poważnie – denerwują pana takie sytuacje?

– Nie, częściej śmieszą, ale są ludzie, których to denerwuje.

I pan ich rozumie?

– Oczywiście.

Co by pan poradził ministrowi zdrowia i urzędnikom, którzy stosują takie urzędnicze nazewnictwo?

– Żeby byli ludźmi.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj również

Czy jesteś pewien, że masz zdrową wątrobę?

Stowarzyszenie CEESTAHC we współpracy z Fundacją Gwiazda Nadziei